Częstotliwość pisania w tym miejscu spadła praktycznie do zera. Jak już piszę to zwykle do szuflady i raczej o rzeczach mniej przyziemnych.
Lecz na wzgląd na sentyment do tego portalu, podzielę się tym co działo się przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

Ostatnia notka z sierpnia 2016 oddaje moje rozczarowanie nie znalezieniem pracy w zawodzie. Przyznaję, że załamałam się tą sytuacją i niemal całkowicie podupadłam na duchu. Kompletnie straciłam wiarę w siebie i tylko wsparcie mojego ówczesnego chłopaka pozwoliła mi jakoś przez to przebrnąć.
Dalej pracowałam w hotelu, kiedy to odezwała się korporacja, do której niegdyś (A long time ago in a galaxy not so far away) składałam CV. Zaprosili mnie na rozmowę do swojej siedziby, na którą pojechałam zaraz po nocnej zmianie. Zmęczona, poddenerwowana stawiłam się o określonej godzinie w głównej siedzibie firmy. Było nawet miło i przyjemnie. Nawet, bo stanowisko które miałam objąć wymagało ode mnie płynnego porozumiewania się w języku francuskim. I tu był pies pogrzebany, gdyż moja znajomość francuskiego zatrzymała się na szkole średniej, gdzie jeszcze wtedy nieźle wymiatałam, ale przez te 6-7 lat nieużywania tego języka cofnęłam się wręcz do epoki kamienia łupanego.

Pewnie się domyślacie, że rozmowa rekrutacyjna właśnie odbywała się głównie w tymże języku. Ja, osoba o wykształceniu biologiczno-biochemiczno-inżynieryjnym, z podstawową znajomością francuskiego aplikowała na stanowisko Junior Finance & Accounting Analyst

Jak można wydedukować, wielu innych kandydatów dużo bardziej nadawała się do tej pracy. Z podkulonym ogonem wróciłam do hotelu, gdzie przy zdrowiu psychicznym trzymała mnie szkoła, w której równolegle pracowałam. Snując się ze zmiany, na zmianę, przeplatając to uczeniem moich „dzieciaczków” i spotykaniem się co kilka tygodni z tym, Którym-Zamieniłam-Byłego, dotrwałam do końcówki sierpnia, gdy w przerwie na papierosa odebrałam telefon z rzeczonej instytucji, że oni chcą MNIE na tym stanowisku! Musiałam szybko się zdecydować, błyskawicznie napisać i dostarczyć wypowiedzenie, spakować najpotrzebniejsze rzeczy po ostatniej nocnej zmianie 31/08/2016, pojechać do miasta oddalonego ładnych kilkanaście kilometrów, wynająć mieszkanie na prędce by od 1 września (jak uczniak) rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu (kolejny na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy).

I tak zaczęło się korpo-życie… Przychodziłam do pracy ze świeżą energią, z zapałem. Jednakże entuzjazm opadł, gdy po którymś z rzędu „boardzie” dalej nie rozumiałam słów, sformułowań, procesów, charakterystycznych dla tej pracy. Już miałam się poddać, rzucić to, wrócić z podkulonym ogonem do rodziców, gdy postawiłam sobie cel: koniec grudnia – jeśli dalej będę się z tym źle czuć, to rzucam to w cholerę!

Zawzięłam się. Siedziałam codziennie nad książkami, obliczeniami, przykładowymi bilansami i francuskim, aby w końcu po tych kilku miesiącach pracy całkowicie się w to wchłonąć. Na domiar dobrego, 26 grudnia, po pracy, Ten-Którym-Zamieniłam-Byłego oświadczył mi się :)

Nastał styczeń – rzuciłam palenie. Zostałam Process Leadem i zastępcą Team Leadera.

Końcem Lutego – znowu zaczęłam palić (i niestety dużo więcej niż wcześniej), w związku z moim pierwszym w życiu lotem samolotem. Leciałam do klienta do Paryża na kilkanaście dni. Potem wracałam tam jeszcze kilka razy.

Kwiecień – podróż służbowa do Irlandii. Przygotowania do ślubu w postaci Nauk Przedmałżeńskich (swoją drogą większej pierdoły nie odbębniłam nigdy wcześniej).

Czerwiec – podróż służbowa do Indii.

Sierpień – ślub, zmiana nazwiska, mieszkania.

Wrzesień – awans w pracy i rzucenie palenia.

 

I tak teraz się toczy. Nigdy nie chciałam się stać korpo-szczurkiem, ale już doświadczyłam tego jak życie bywa przewrotne. Podoba mi się moja praca i mimo że jest powtarzalna, to spełniam się w niej. Zaczęłam studia podyplomowe z audytu i kontrolingu. Przekwalifikowuję się i szczerze przyznam – dobrze mi z tym! :)

 

Nawiązując do tematu notki – nakręcam się przed jutrzejszym wyjściem do kina na najnowszy episode Gwieznych Wojen :)