Sesja vs ja -> 0:1

Pierwszy przedsesyjny egzamin zdany. Nie wiem jakim cudem, nie wiem jak, bowiem byłam tylko pewna jednego, jedynego pytania. Ale mam 3.5. Miałam takiego stracha (bowiem egzamin jak i cały kurs był prowadzony w języku angielskim), że nie potrafiłam wydukać zwykłego „hello” na przywitanie innych. Nie mówiąc już o mojej prezentacji na seminarium, na której tak mi się plątał język, że nie wiem czy ktokolwiek coś z tego zrozumiał :/

Tak czy siak: pierwszy egzamin „sesji” semestru IV zaliczony.

 

Medical virology – included

 

Za tydzień biotechnologia.

 

Uff, ale mi ulżyło.

Après (już po)…

I bynajmniej jestem zadowolona. Dzisiejsza chemia była dla mnie trudna, już wiem, że zrąbałam kilka zadań, więc nie nadgonię wczorajeszj biologii. Damn. Jestem za głupia na studia…

Otrzymane książki

Est-ce la peine? (Czy warto było?)

Postanowiłam iść za radą Nieufnego (BlogowaKrytyka) i zacząć pisać recenzje, dostępne pod adresem:
http://literaturowo.blog.pl/
. Zdaję sobie sprawę, że pewnie wychodzi mi to z marnym skutkiem, ale może w końcu nauczę się je pisać. A będę miała co opisywać, bowiem otrzymałam te oto książki w ramach postarzenia się:

Trzy mam już za sobą (oczywiście zaczęłam od „Ręki mistrza”, niemniej recenzji na jej temat nie chcę pisać, by nie bezcześcić dzieła mego ulubionego pisarza) i teraz mam dylemat, którą zacząć. Korci mnie „Gra o tron”, ale chyba zacznę „Las Ethon i duchy przeszłości”.

Zrobiło mi się wczoraj ciepło na sercu, gdy moja lekarka serdecznie mnie uściskała i życzyła powodzenia na maturze w poniedziałek i wtorek. Zrobiłam chyba wszelkie możliwe matury, Witowskiego niestety nie udało mi się skończyć, a mówiąc szczerze mam już tej matury po dziurki w nosie i nie robię już nic. Koniec, finito, the end, finir. Co ma być, to będzie. Ja osobiście nie węszę sukcesu.

A tymczasem za pasem sesja i 8 egzaminów. W tym anatomia (welcome Mr Bochenek), zoologia (i przestarzałe książki plus „Vertebrate life”), histologia (Wheater i „Kompendium histologii” Cichockiego), ochrona środowiska (z „publikacjami” GUSu), ochrona przyrody ( z m.in. wykutą „Czerwoną księgą”), medical virology and epidemiology, bioterroryzm, angielski, wstęp do biotechnologii. Na szczęście omija mnie zdawanie egzaminu z fizyki! Nie boję się anatomii, nie boję się niczego tak bardzo jak ochrony środowiska i przyrody. Nie znoszę, nie lubię, nie chodziłam… Dobrze, że to egzamin na sam koniec sesji, może coś tam się nauczę ;) Po powrocie do Wielkiego Miasta z domu, po terenówkach 18 i 19, zaliczeniówce z zoologii w pn i prezentacji na seminarium z medical we wtorek biorę się za cokolwiek, bo nie będę się w stanie nauczyć się Bochenka w tydzień.

Lenistwo nie popłaca, oj nie.

Od trzech dni siedzę nad prezentacjami, które de facto zrobić miałam przez święta. Ale przez święta właściwie nie ruszyłam NIC (nie no – strony tytułowe zrobiłam :P). W pt udało mi się zrobić antropologiczną, od wczoraj siedzę i męczę bioterroryzm na przemian z zoologią. Temat jest bardzo fajny, informacji jest bardzo dużo i to stanowi główny problem, bo mam się zmieścić w 30 minutach by opowiedzieć o wszystkim. Nie chcę nawijać jak katarynka, a że jestem pod takimi względami perfekcjonistką to wszystko w prezentacji musi grać (między innymi dlatego mi to tak długo schodzi). Niby przyjęte jest (na konferencjach itd), że powinien być w ciągu minuty 1 slajd. Ja póki co mam tych slajdów 15, a to dopiero jest początek…

I tak siedzę i się zastanawiam czy to zamieszczać, czy to jest na tyle ważne, ale dlaczego mam to zamieścić/powiedzieć przy tym a nie przy reszcie. Na domiar złego straszliwie chce mi się spać, co znacznie spowalnia mą pracę. Mam nadzieję, że zdążę…

O powstawaniu gatunków.

Znalazłam w popularnym serwisie wykład naszego profesora z zoologii i ewolucjonizmu, dotyczący odrębności i powstawania gatunków –> http://www.youtube.com/watch?v=UKpJyP8Zlqk

 

Akurat na moim wydziale są mieszane wrażenia dotyczącego osoby Pana Profesora i Jego wykładów. Niemniej mnie się podobają :} Warto obejrzeć.

 

Tymczasem, od środy pochłonęłam 4 książki zakupione przed podróżą do domu i znowu nie mam co czytać = (

„[...]So much to question”

Pomiędzy ogarnianiem Bochenka (swoją drogą dobrze mi się to czyta), anatomii porównawczej kręgowców, anatomii ryb, opracowywaniem tematów z virusology i maturami, czytam (między zajęciami, w wannie, wieczorami przed pójściem spać) „Rozmowy z katem” pana Moczarskiego. Z każdą kolejną stroną zadziwia mnie relacja Gruppenfurhera (na polskie jednostki: generał dywizji – 2 po najwyższym stopniu wojskowym: generale), którą autor zapamiętał i spisał. Zadziwia mnie to, jak można tak manipulować ludźmi, jak można im przysłowiowo „wyprać mózg”. Czytałam wiele relacji z okresu przed/po/wojennego, ale ta mnie zadziwiająco szokuje. Szokuje mnie to z jakim spokojem i dumą(!) SS-Gruppenfurher opowiadał o eksterminacji Żydów, o ich „lekkiej pracy” przy budowie autostrady D4 Lwów – Stalino (dzisiaj Donieck), o jego przekonaniu (na prawdę świeym przekonaniu), że aryjczycy to rasa Panów, którą należy czcić i szanować.

„Jak wynikało ze zwierzeń Stroopa, nie uważał za stosowne, aby kiedykolwiek przeciwstawić się władzy.”

„[Stroop] – My nie jesteśmy zdolni do oporu wobec legalnej władzy. Władza jest święta.
[Moczarski] – Każda?
[Stroop] – Oczywiście. Każda.”

 

„[Stroop] – Szowinizm jest skondensowaną miłością do własnego narodu. Dobry Niemiec nie może nie być szowinistą.”

 

Długo jeszcze nie będę potrafiła się nadziwić jak można być tak poddanym władzy. Nigdy nie zrozumiem jak mogło do tego wszystkiego dojść…