No właśnie. Jak nie my, to kto?

Jestem z siebie dumna. Zaczęłam pisać magisterkę. Mało tego, napisałam już dość spory kawałek. I’m a boss. Może nawet na święta uda się pojechać do domu. Obawiałam się, że jak to ja, zostawię to sobie na ostatnią chwilę i będę jeść, kimać i wypróżniać się z jedną ręką na klawiaturze laptopa układając kolejne słowa w zgrabną całość, by system anty-plagiatowy nie „zajojczał” o ewentualnym identycznym ciągu słów. Co prawda nie mam jeszcze wyników, do tego jeszcze daleko, ale międzyczasie mogę napisać wstęp teoretyczny, materiały itd., itd. Bez dwóch ostatnich rozdziałów, które pewnie powstaną końcem maja :}

V rok spokojny. Na prawdę spokojny. Gdyby nie moja zachłanność wiedzy i możliwość korzystania z kursów, to miałabym cały jeden przedmiot: seminarium magisterskie, na które nota bene za dużo się napracować nie trzeba. Ale jak to ja, nie mogłabym przeżyć mając za dużo czasu wolnego, wzięłam sobie jeden kurs, związany z medycyną sądową. I słodko. I tak dobrze, że tylko jeden. Ale wiedziałam, że studia, studiami. Ale praca się ani sama nie napisze ani nie zrobi.

I ostatnio,jak to ja (typowe), zaczęłam się zastanawiać co będzie PO studiach. Magister, magistrem. Ten tytuł jest tak zdewaluowany, że praktycznie nic już nie znaczy. Parę pomysłów w głowie, parę wyjść alarmowych, paręnaście godzin spędzonych na przeszukiwaniu ofert pracy. No i z tym jest klapa. Bo ofert za wiele ni ma, ja też doświadczenia boskiego nie mam (tym bardziej zważając na fakt, że nie jestem w pełni biochemikiem, przynajmniej nie w takim stopniu jak moi koledzy), umiejętności stosunkowo niewiele no i tak o. Co druga oferta mnie dyskwalifikuje, bo nie mam prawa jazdy (przez co ostatnio zaczęłam żałować, że jednak sobie odpuściłam). Większość ofert w Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu. Nie w tym moim drugim domu. Trochę to dołujące…

No ale, bo jak nie my, to kto?!