Nareszcie mogę swierdzić, że w pełni zamieszkaliśmy nasze gniazdko :} Do tej pory albo siedziałam tu sama, albo siedzieliśmy we dwoje, ale jakoś było tak pusto, czegoś brakowało. Wczoraj powiesiliśmy firanki, zasłony, rozłożyliśmy dywanik. Usiedliśmy na kanapie z lampką wina w ręcę i napawaliśmy się tym – jakże innym – widokiem. M przywiózł ze sobą swoje rzeczy – komputer, sprzęt do nagrywania (wspominałam kiedyś, że M jest artystą-twórcą?). Mieszkanie się zapełniło, a wspomniane wyżej firanki i zasłony dodały mu uroku :} Jestem taka szczęśliwa!

   Między "dopieszczaniem" naszego mieszkania a spędzaniem czasu z moim Lubym, biegam na uczelnię załatwiać sprawy, wpisy itd. Wczoraj z wywieszonym jęzorem leciałam na Kampus oddać w dziekanacie aż 4 indeksy osób z mojej grupy. Dlaczego? Otóż nasza Alma Mater posługuje się systemem USOS, w którym logujemy się na wszystkie zajęcia na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". Wiadome jest, że w dniu rejestracji od godziny 9 serwery są yak przeciążone, że USOS chodzi jak… (nie będę się wulgarnie wyrażać). Wczoraj od godziny 8 powinniśmy się zarejstrować na lektorat – obowiązkowy język angielski. Cała grupa zalogowana w systemie, wybrała sobie już termin, coby szybciutko "dodać do koszyka" upragnioną grupę i poziom. I… Klops! Żadna osoba nie może się zarejestrować.
Okazało się, że osoby, które mają nierozliczony rok (a muszę wspomnieć, że wszyscy z mojej grupy zdali na rok numero II) i nie złożyły indeksu do dziekanatu zarejestrować się nie mogą! Gdyby tylko wspomnieli o tym wcześniej…
Tak więc wczoraj biegłam z 4 indeksami do dziekanatu, dzisiaj muszę załatwić kilka wspisów, sobie zaliczenie (ehh, moje lenistwo mnie czasami przeraża, a kobieta, z którą miałam zajęcia z fotografii wyjątkowo kręci nosem na to co jej przysyłam) i zanieść kolejne 2 indeksy do dziekanatu. I tak będę biegać do czwartku, kiedy wszystko złożę(mam nadzieję, że tylko do czwartku).

   Tylko dwa tygodnie dzielą mnie od nowego roku akademickiego. Jaka ulga! Przeczytałam wszelkie możliwe książki, obejrzałam wszystkie filmy, na które nie miałam czasu/ochoty wcześniej, dopieszczałam nasze mieszkanko, a teraz? Poza wyjściem na 2-3h na uczelnię nie mam NIC do roboty… No bo ile można sprzątać? Ile można gotować, piec? lle można siedzieć/spać/grać? Potrzebuję już czegoś konkretnego do roboty. Nie potrafię siedzieć i nic nie robić. Nie potrafię i nie lubię mieć tak długich wakacji… Październiku! Przychodź!

   Najgorsze jest to, że teraz przy tak ogromnej ilości wolnego czasu, który mogłabym spożytkować na robienie zadań do matury, siedzę i narzekam. Ale zwyczajnie mi się nie chce. Jestem osobą, która im więcej ma na głowie, tym więcej i szybciej zrobi. Przy 24h wolnego czasu (no odliczmy 7h na sen) po prostu nie chce mi się nawet spojrzeć w kierunku Witowskiego.