Dziekan na oficjalnej inauguracji rozdał nam indeksy. Zostaliśmy pełnoprawnymi studentami.
Jako, że nasz wydział jako ostatni miał inaugurację, stąd pierwsze zajęcia zaczęliśmy w środę. 7:15 fizyka na Podchorążych. Ćwiczenia i jakieś liczby zespolone, wykłady i pochodne, całki, różniczki i macierze, laborki i jakaś wredna, stara baba u której trzeba zdawać sprawozdania z laborek, ale tak naprawdę to nikt nie wie jak je napisać i o czym. Później wf, na którego biegliśmy z jęzorem, bowiem mieliśmy całe 15 minut, aby z Podchorążych dojechać na Kamienną. Na Wfie zajęcia prganizacyjne, muszę skądś wytrzasnąć zieloną koszulkę obojętnie o jakim odcieniu. Miałam ochotę zapisać się do AZS-u, ale mają treningi w czasie moich wykładów, więc odpada.
Czwartek był dużo przyjemniejszym dniem, choć trochę zrobili nam na złość. Chyba trzeba się przyzwyczaić, że pirszorocznych traktuje się trochę z góry i wszyscy ich mają w dupie. Zaczęliśmy ćwiczeniami z matematyki z dość przyjemnym Jegomościem, który nas chce poza matematyką nauczyć poprawnej polszczyzny. Czekająć trzy godziny na wykład z technologii informacyjnej pozałatwiałyśmy z koleżanką z grupy kilka spraw, by wrócić i dowiedzieć się, że dzisiejszy wykład jest dla grup od 10-14. Teraz nie opłacało się nam jechać do domu/akademika, bowiem za kolejne 1.5 h odbył się wykład z matematyki z jakimś innym Jegomościem, który nie przedstawił się i wydawał się być taki jakiś "przymulony". Później miała być fizyka, ale na szczęście instytut fizyki o nas zapomniał i mieliśmy wolne po godzinie 15:30. Wróciwszy do akademika czułam się, jakby ktoś mnie ganiał cały dzień i kazał pracować fizycznie.
Piątek. Najlepszy dzień na tych studiach. Laborki z technologii informacyjnej na 7 (muszę wstawać koło 5, by zdążyć), gdzie uprzejma Pani profesor stępień szura swoimi okularami po ekranie monitora, jak sprawdza jakąś pracę u jakiejś osoby na kompiuterze. Poziom szkoły podstawowej szczerze mówiąc. Tworzenie folderów, przenoszenie ich i kasowanie. Gdyby nie to, że ławki były niewygodne, to każdy chyba by usnął. Po TI nadeszła pora na ćwiczenia z matmy, które pod okiem Jegomościa W. minęły szybko i przyjemnie i grupa 18 mogła iść do domu/na piwo/do Galerii/biblioteki (* niepotrzebne skreślić).

Generalnie czuję się jak na jakimś kierunku matematyczno-fizycznym, bowiem chemii nie miałam ani jednej, a póki co czeka mnie rendez-vous z całkami, różniczkami i macierzami. Międzyczasie staram się robić cokolwiek z biologii, jednak złożyłam deklarację maturalną, a to do czegoś obliguje.

Co do miasta. Kraków jest piękny. Mam dobre połączenie z AOS na Polibudę, gorzej jest z fizyką na podchorążych, ale jesli się wyjedzie 1h wcześniej przed zajęciami, to daje się rade. Dużo klubów/pubów, w których nie miałam przyjemności być z powodu braku chęci i sił, ale może kiedyś sie wybiorę gdzieś po coś z kimś.