Podsumowanie…
sty 24th
Znowu trochę biadolenia.
Nie wiem jakim cudem, ale zaliczyłam biochemię o-O mogę spokojnie szykować się do egzaminu, który już w środę (01.02 – sic!).
Nie wiem jakim cudem zaliczyłam ćwiczenia z bio koma na 4.5 o-O Mimo dość wysokiej oceny tego egzaminu boję się najbardziej…
Genetyka zaliczona, w pn egzamin (sama Profesorka ze uśmiechem na ustach mówiła, że 80% studentów oblewa I termin, a jej się nie chce robić II terminu, więc zaniża nam punktację), nie powiem, że się nie boję, bo bym skłamała.
W pt zaliczeniówka z ekologii. A sama ekologia przedstawia się mniej więcej tak:
Jako cały kurs ekologia jest podzielona jakoby na dwa działy: statystyczny i botaniczny. Z każdego działu pisze się kolokwium, które jest przepustką do I terminu egzaminu. Jeśli się zda oba – jest się w domu, I termin proszę bardzo, raz! Jeśli nie zaliczy się którejś z części –> kolokwium zaliczeniowe.
Mnie udało się oblać (choć to w sumie niewłaściwe słowo) część statystyczną, choć samo kolokwium zaliczyłam (nie zaliczyłam wejściówek). Zabrakło mi… całego 1 (słownie: jednego) punktu… Nie pomógł nawet fakt, że moje sprawozdania wyglądały tak jak wyglądać miały (prowadzący zażyczył sobie sprawozdania w formie pracy licencjackiej/magisterskiej/doktorskiej), z porządną stroną tytułową, spisem treści itd (nie powiem – przyłożyłam się do tego). Nie. Pan Dohtór się uparł i już! I zaliczeniówkę pisać muszę, ot co. A niech student się pomęczy trochę.
Druga część zajęć moim zdaniem była gorsza, a samo kolokwium też łatwe nie było (choć pewnie jestem straszną maruderką, ze tak sądzę). 20 pytań abcd – test wielokrotnego wyboru (strasznie nie lubię takiego sprawdzania wiedzy) z ujemnymi punktami za złą odpowiedź, bądź nie zaznaczoną poprawną. To jakiś cudem zaliczyć mi się udało.
Jednak najlepsze jest to, że materiał z ćwiczeń z biochemii, z bio koma, z mykologii czy z genetyki pokrywa się z egzaminem. A Eko-sreko nie. No bo po co INOŚ (Instytut Nauk o Środowisku) ma się przepracowywać? Szkoda słów. Nie dość, że nie znoszę eko-sreko (tak jak niektórzy np. dermy
), to jeszcze Instytut musi robić problemy, no co to się porobiło.
Z rzeczy przyjemniejszych: w kwietniu VII OSKA (Ogólnopolska Studencka Konferencja Antropologiczna), na której mam zamiar być. I teraz mam rozkminę w postaci tematu wywodu. Nie chcę zanudzić słuchaczy, ale też chciałabym zająć się tym co dziobaki lubią najbardziej – kośćmi, kosteczkami, kostuniami. A w głowie krążą pomysły na temat na OSKę. Any ideas? :}
Idę rozkminiać szlaki metaboliczne, struktury Hallidaya i cykliny i Cdk.
Nauko-rozpraszacze…
sty 20th
Mój ambitny plan legł w gruzach. Uczyłam się na dzisiejsze zaliczenie z genetyki, to fakt. Przeczytałam jeden rozdział z mojej ”ulubionej” knigi ekologicznej, to fakt. Ale miałam coś się do egzaminu pouczyć. FAIL. Znalazłam internetową transmisję Australian Open. Wsiąkłam…
W dodatku Erjota za dużo pisze i mi się uczyć nie daje, o! : P
O muzyce piece deux :}
sty 13th
Ostatnio było bardziej rockowo, dzisiaj bardziej zróżnicowani artyści z mojej playlisty :}
Jako, że mój narzeczony jest raperem z zamiłowania (sam tworzy i nagrywa) przy tym słuchając masę płyt raperskich, to i ja przy okazji musiałam liznąć co nieco i w tym gatunku muzycznym.
Mój ulubiony, najbardziej przeze mnie ceniony (ale co ja się na tym znam?
) Eldo:
- Fisz & Emade (aka Tworzywo sztuczne) – niecodzienne połączenie braterskie, w którym Fisz to autor tekstów i raper, a Emade twórca bitów o nietuzinkowym brzmieniu. Połączenie hip-hopu z jazzem(!).
- Dżem – jestem niemal pewna, że każdy zna ten zespół i nie muszę nikomu przedstawiać choćby tego tworu:
- Perfect – Pana Markowskiego też raczej znają wszyscy. Teraz raczej rzadko przeze mnie słuchana grupa, niemniej w chwilach nostalgii często wracam właśnie do nich:
- CO.IN – znalazłam całkiem przypadkiem przez znajomego, który grał w zespole z mojego rodzinnego miasta, założonego przez Szymona Danisa (lidera CO.INa) –> Fate Uknnown (patriotyzm lokalny:P). Połączenie rocka alternatywnego, muzyki elektronicznej i metalu alternatywnego:
- Audiofeels – chyba także nie muszę przedstawiać finalistów kultowego programu na jednej z polskich stacji telewizyjnych. Poniżej moje ulubione kawałki:
P.S. Świetnie wydana płyta pod względem graficznym, po kupnie i przesłuchaniu zakochałam się
- Piotr Lisiecki – jak dla mnie odkrycie wyżej wymienionego programu. Zakochałam się w nim, w Jego muzyce, we wszystkim…
Teraz trochę o prawie nikomu nieznanej muzyce francuskiej:
- Marie-Mai -> już nie raz zamieszczałam w swoich notkach jej utwory. Wydała trzy płyty, z czego niestety ŻADNEJ nie da się dostać w Polsce, a sprowadzanie jej ze Stanów czy z samej Kanady, gdzie autorka tworzy jest zdecydowanie za drogie (muszę napomnieć, że w miarę możliwości kupuję płyty swoich ulubionych wykonawców i mam już całkiem pokaźną kolekcję
). Zatem muszę się zadowolić youtubem:
- Annie Villeneuve – kolejna kanadyjska wokalistka, która również występowała (jak poprzedniczka) w programie Stars (coś na wzór Idola), gdzie zasłynęła swym lirycznym głosem. Tutaj sytuacja dla mnie jest jeszcze gorsza, bo nie ma nawet skąd ściągnąć jej utworów na kompa (w przypadku Marii są do tego torrenty, tu ich zwyczajnie nie ma :/) :
- Fight Aids – grupa, złożona z francuskich i kanadyjskich wokalistów stworzona za potrzebą księżniczki Maroko w celu uświadamiania społeczeństwa (jak sama nazwa wskazuje). Wydali jeden jedyny utwór z teledyskiem: L’or de nos vies („złoto w naszym życiu”, polecam wrzucić w translatora tekst
):
- Sinik – francuski raper, pochodzący z Paryża, tworzący dość ambitną muzykę:
- Edith Piaf – chyba każdemu znana, niziutka śpiewaczka francuska, która z dziewczyny śpiewającej na ulicy stała się światową sławą.
- Iron Sy – poznałam tego rapera dzięki jednemu filmowi francuskiemu (Banlieue 13 – Trzynasta dzielnica) i spodobały mi się jego teksty. Kiedyś nawet umiałam to szybko zarapować:P
- The Raspoutin Smoke Band – będąc na wymianie we Francji poszliśmy na ich koncert. Może dla niektórych to kicz i chała, niemniej świetnie się przy tym bawi, a cały zespół jest skory do rozmów po koncercie :}
a tutaj w akcji:
- Noir Desir – francuski zespół rockowy, którego teksty oscylują wokół bardzo ważnych tematów jak np. głupota, rasizm itd.
Z innej beczki:
Dzisiaj Noc Biologów, na którym Koło Antropologów ma swoje dwa stanowiska :} Przygotowaliśmy masę materiału kostnego do obejrzenia, wiele prelekcji na temat patologii widocznych na kościach oraz w jaki sposób powstają a także na temat ewolucji (sekcja prymatologiczna) i zdrowia (obliczanie WHR, BMI i innych wskaźników antropometrycznych).
A dzisiaj króluje COMA, o! : )
O muzyce.
sty 8th
Coby przestać marudzić i narzekać na otaczający mnie świat dzisiaj o czymś innym. A że muzyka łagodzi obyczaje wiadomo od dawna, a i przez kilku bloggerów temat ostatnio został poruszony, więc w przypływie weny i lenistwa naskrobię co nieco o muzyce. Głównie polskiej.
Muzyka jest nieodłączną częścią każdego człowieka. Jedni ją kochają bardziej, inni mniej, ale chyba nie ma na świecie człeka, który by nie słuchał jej z przyjemnością (czy to klasycznej, rocka, rapu, house’a, disco-polo itd.). A że są gusta i guściki, to zapewne każdy ma swoją ulubioną „playlistę”. Ja, osobiście, życia bez muzyki sobie nie wyobrażam i bardzo ciężko mi zrozumieć ludzi (a szczególnie mojego kolegę), którzy słuchają jej raz w miesiącu! Moja wyobraźnia jednak jest mocno ograniczona, bo nie potrafię sobie wyobrazić mojego życia bez NIEJ.
Każdego dnia, kiedy tylko mogę (powrót do domu, uczenie się, czy prace domowe) „odpalam” swojego WMP (tudzież odtwarzacz muzyczny w komórce) i wybieram spośród kilkunastu albumów ten, na który akurat mam ochotę.
Wybór zależy od wielu czynników. Czasami losowo wybieram dany album, czasami już mam konkretny „plan” odsłuchania playlisty. A że moje gusta nie oscylują ściśle wokół jakiegoś jednego, określonego gatunku, to jest to dość szeroka gama gatunków muzycznych:
- Milczenie owiec – mało komu znana grupa rockowa (nu-metalowa), pochodząca z Trójmiasta, która rozpadła się w 2008 roku, by dwa lata później wznowić działalność artystyczną (niestety bez głównej wokalistki):
- Spine – undengroundowy zespół z Łodzi, przypominający mi polską wersję Limp Bizkita, choć bez tak kontrowersyjnej postaci jaką jest Fred Durst.
- Lipali – polski alternatywny, rockowy zespół, o którym zrobiło się ostatnio dość głośno (choćby z powodu wygranej w 2010 roku statuetki za najlepszego wokalisty dla Pana Lipnickiego) o charakterystycznym brzmieniu.
- COMA – tego zespołu chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, choć jak dla mnie ich artystyczny wykon, jeden z najlepszych na polskiej scenie to ich pierwszy album: Pierwsze wyjście z mroku (kocham tę płytę, ten klimat, tego Roguckiego
)
pozwolę sobie jeszcze na trzeci odnośnik:
- Mateusz Krautwurst (aka The Positive) – młody arogancki artysta, z manierą Stevie Wondera, mający na prawdę przecudowny głos. Brał udział w dwóch programach muzycznych (The Voice of Poland i Fabryka Gwiazd) i zawsze był o krok od wygranej :
- PtakY – gdański zespół rockowy, założony w roku 2002, który zachwycił mnie swoją pierwszą płytą: PtakY
- Jacek Kaczmarski – też nie muszę przedstawiać tak ważnej i znanej osobistości:
- CeZiK (aka Hadrony) – już nie raz zachwycałam się twórczością tego chłopaka ze Śląska. Uwielbiam go za jego inwencję, za głos, za styl, za wszystko:
- Skalpel – polski zespół nu-jazzowy, pochodzący z Wrocławia, który w 2004 roku podpisał umowę z brytyjską wytwórnią Ninja Tune:
- O.N.A. (aka Chylińska) – moja ukochana, ulubiona wokalistka (dawniej zespół). Mimo jej diametralnej zmiany bardzo Ją cenię za poprzednią twórczość i mam cały czas nadzieję, że wróci do swego starego, doskonałego stylu. Według mnie jest to najlepsza wokalistka na polskiej (i światowej) scenie, mająca w głosie charyzmę, potrafiąca się wydrzeć kiedy trzeba i z moją ulubioną „chrypką” : )
cdn… :}
Let’s get the party started
sty 5th
Święta, święta i po świętach. I po Sylwestrze, a jakże. Powrót na uczelnie po okresie grudniowych świąt jest bardzo bolesny, zważywszy na to, że przez święta nie zrobiłam praktycznie nic. W sensie nic pod względem naukowym, bo narobiłam się jak osioł. Sprzątanie, zakupy, kolacja wigilijna itp należą do mych obowiązków, więc po przyjeździe do rodzinnego miasta w środę miałam wycięte z życia 5 dni. W drugi dzień świąt ani mi się śniło spojrzeć w kierunku książek, po kilkunastu godzinach spędzonych w kuchni (a właściwie trzech bo u siebie, babci i wujka), godzinach czyszczenia i pucowania całego mieszkania(i też właściwie dwóch bo i babci), kilkudziesięciu przeniesionych kilogramów w postaci zakupów powiedziałam dość. Tak minął poniedziałek, wtorek, środa, w czwartek coś tam ruszyłam z biochemii, w pt jechałam po me nowe okulary, zepsuło mi się auto i mało co się nie spóźniłam na pociąg do Wielkiego Miasta. Po tych prawie 5 godzinach w pociągu (swoją drogą PKP bije samego siebie w tym czasie jazdy przez stosunkowo niewielką odległość) zrobiliśmy zakupy i zaszyliśmy się w domu aż do poniedziałku. Teraz to się mści, a miałam napisać pracę na konferencję (tya…). Na szczęście poniedziałek wolny, wtorek luźny, ale środa to istna masakra(biochemia). Czwartek miał być wolny, ale okazało się, że muszę odrobić ćwiczenia z poniedziałku (więc pytam się: po co był wolny?). W Kole dzieje się teraz dużo i muszę spiąć cztery litery by zacząć się na sesję uczyć (żółta karteczka pomaga) i zrobić co trzeba na Koło (trzy imprezy w trzy dni w przyszłym tygodniu, how sweet
) -> W czwartek warsztaty archeologiczne, w piątek Noc Biologów, w sobotę XL Koła. Zapowiada się pyszna zabawa z próbą ogarnięcia wszystkiego i kilkoma „wykładami” w naszym wykonaniu, by powrócić w najbardziej newralgicznym tygodniu do życia, kiedy zasypywani jesteśmy zalkami, zalkami, kołami itd. Marzę już o jakimś wolnym
Źle się dzieje, oj źle.
gru 25th
Przeraża mnie fakt, że po Świętach zostaje tylko miesiąc (!) do sesji. A ja jestem w lesie bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Czeka mnie kolokwium zaliczeniowe z ekologii, pewnie i z biochemii, bo coś mi się nie wydaje, że uzbieram 85 pkt. Zaliczeniówka z genetyki. Jedyne co mam zdane to biol. komórki, choć i tak czeka nas jeszcze jedno koło. Z angielskiego muszę jakimś cudem z następnego koła zdobyć 18 pkt na 20 możliwych by zaliczyć i to. Tak źle nie szło mi nigdy. Nie wiem co się dzieje. Nie umiem się nauczyć, nie umiem się skupić :/ Wraz z Lubym i mym przyjacielem wysnuliśmy teorię, że może brakuje mi ruchu, którego miałam pod dostatkiem przez całe moje życie. Teraz jedynie idę na zajęcia/ z zajęć, ewentualnie na zakupy i wsio. W tamtym roku 3 treningi w tygodniu, plus mecze turniejowe w sobotę, w niedzielę basen/łyżwy/tenis. Chyba będę musiała choć trochę wrócić do takiego aktywniejszego życia, choć w moją ukochaną siatkówkę grać już nie mogę =(
I tak przy okazji: Wesołych Świąt! : )
„Miną światy, zanim wróci spokój”
gru 16th
Jak dobrze, że już koniec tygodnia! Jeszcze tylko poniedziałkowe badania, angielski o 19, wtorkowy wykład z genetyki i wizyta u lekarza i (chyba) mogę jechać do domu! Bez biochemii! Bez stresu! I z nutką odpoczynku, z aromatem barszczu i mojej ukochanej zupy grzybowej. Choć co prawda grzyby jako takie mi zbrzydły, bo właśnie z nich dostałam pierwszą w swoim życiu studenckim czerwoną dwóję. Kiedyś musiał być ten pierwszy raz.
Kiedyś też musiał być ten pierwszy raz by co chwila biegać do Dohtora. Zaczęło się od pewnego zapalenia w sierpniu, by na początku września dostać potężnych skurczy. Kupiłam Aspargin, po 3 tygodniach zażywania Pani Dohtór dała mi skierowanie na potas i wapń. Wapń w normie, potas 3,3 mmol/l. Recepta na Kalipoz. Po 2 tygodniach ponowne badania potasu. Całe 3,4 mmol/l. Teraz biorę już chyba 4 opakowanie. Póki co potas był na granicy 3,5 mmola/l. Mam nadzieję, że we wtorek zobaczę już powyżej 4. Inaczej chyba sobie strzelę w łeb, bo bądź co bądź ale jest to dość uciążliwe.
A tymczasem wczoraj byłam pierwszy raz w Galerii od maja, i wyhaczyłam najnowszą powieść Kinga z obniżką ceny o 25% :} Zamiast 50 złotych zapłaciłam trochę ponad 35 za ponad 800 stron :} Zaczęłam ją wczoraj czytać. Dzisiaj ledwo wstałam na ćwiczenia o 7:30 :}
Sic!
gru 7th
Nie cierpię wtorkowych wieczorów. Nie cierpię siedzieć do późna z Harperem, Stryerem, Enzymologią, Analizą instrumentalną i skryptem, by i tak na środowych laborkach coś zrobić/napisać źle. Bowiem co środę na labach z biochemii mamy po dwa kolosy: jeden, dotyczący aktualnych zajęć (tzw. wejściówka) i drugi obejmujący dany dział (np. enzymologię). Zatem wtorek obfituje w dzień biochemiczny, bowiem przychodząc z wykładu z genetyki ok 10 do godzin obiadowych robię sprawozdanie z poprzednich ćwiczeń, a wieczorem wychodzę na Koło Antropologiczne, którego jestem dumną członkinią
Po powrocie otwieram te wielki knigi i czytam, czytam, czytam. Czytam o siarczanie cerebrozydu, leukodystrofii metachromatycznej, o enzymie konwertującym angiotensynę I, o tym jak oznaczyć aktywność inwertazy metodą polarymetryczną czy jak poprawnie wykonać elektroforezę. Wszystko ładnie i pięknie – tematy jak dla mnie ciekawe, ale sposób sprawdzania wiedzy i ogólnych zasad na tych zajęciach jest totalną porażką naszego wydziału ( a właściwie nie naszego, tylko WBBiBa). Otóż zasady są takie. Na każdych zajęciach wejściówka warta 3 pkt (szybka kartkówka) oraz duży kolos (warty punktów 6, ostatnie dwa warte punktów 12). Na zajęciach jesteśmy i tak rozliczani z naszej wiedzy dotyczącej bieżących ćwiczeń i nawet jak ktoś dostanie 3 pkt na wejściówce, to może dostać -6 punktów za pracę (co suma summarum daje -3 pkt). Do tego dochodzą sprawozdania. Każde warte inną ilość punktów. I jeśli wykaże się nieznajomość własnego sprawozdania, bo np akurat to robił kolega/koleżanka, to traci zaliczenie tego sprawozdania, musi napisać nowe i nie dostanie za nie żadnych punktów. Generalnie, w sumie do zdobycia jest punktów 140. Aby zaliczyć laby (i zarazem by zostać dopuszczonym do ezgaminu, wartego 10 puktów ECTS) trzeba uzyskać punktów 85. Co może dla osób nie uczestniczących w tych zajęciach nie jest trudną sprawą. Uwierzcie: jest. Z każdych poprzednich laborek miałam ocenę bdb w indeksie. Teraz boję się, że mogę nie zaliczyć biochemii O_O W tych 85 punktach trzeba mieć: co najmniej 51 punktów z dużych kół oraz mieć zaliczone wszystkie sprawozdania. Zatem z możliwością zarobienia punktów ujemnych i na prawdę niskich punktów z „dużych” kół, nie wygląda to za wesoło… Wcale mnie teraz nie dziwi duża liczba III-rocznych na zajęciach :}
A ja ‘miast marudzić powinnam się przygotowywać na jutro…
A w sobotę, dla odmiany, uczelnia nam serwuje egzamin z grzybów. Bleh.
Dobrze, że znowu jest Cezik:
Kolejny rok do przodu.
lis 30th
Minęły już 3 lata, odkąd postanowiłam założyć bloga i dzielić się na nim moimi przeżyciami i wrażeniami. Z reguły jestem leniwa i wtedy nawet bym nie pomyślała, że będę w stanie się mobilizować aż tyle czau by cokolwiek tutaj umieścić. Ostatnio przeglądałam wszystkie stare wpisy. Były zarówno chwile szczęścia, optymizmu jak i porażki (jak np. prawo jazdy), smutek, depresja. Przez te 3 lata zamieszczałam tu różne pomysły na siebie, gdy brakowało sił i determinacji by walczyć o swoje największe marzenie. Proszę mi wierzyć: w mojej głowie kołatało się o wiele więcej takich myśli! I wtedy przyszedł moment, gdy dostałam się na studia do Wielkiego Miasta na „zielony” kierunek. Rozpoczęłam z dystansem zajęcia, nauczona doświadczeniem po Politechnice… Nie zawiodłam się. Przeszłam jeden semestr, drugi, terenówki. W tym czasie aktywnie pracowałam w Kole naukowym, współorganizowałam DS i Slavangard oraz cieszyłam się życiem, bo szczerze mówiąc podobało mi się, to co robię. Wtedy mało myślałam o poprawie matury i zmianie kierunku, byłam zachłyśnięta optymizmem, choć nie przeczę, że w mojej głowie co chwile kołatało się, dlaczego nie złożyłam deklaracji, dlaczego nie poprawiałam matury. Starałam się zepchnąć te myśli do tyłu, zapakować je do małego pudełeczka z napisem: zapomnieć. Nastały wakacje: mnóstwo czasu wolnego, brak funduszy na jakiekolwiek wyjazdy. Pudełko zostało brutalnie zniszczone. Coraz częściej słowa ‘poprawka matury’ wypływały na wierzch, choć sama siebie starałam się przekonać, że to bez sensu…
W końcu zdecydowałam, że spróbować po raz kolejny nie zaszkodzi. Złożyłam w końcu tą cholerną deklarację, ale do tej pory za wiele rzeczy mnie przytłaczało, by cokolwiek ruszyć. Na szczęście teraz widzę światełko w tunelu, podnoszę się psychicznie z dołka i powraca mi zapał do roboty: zarówno na zielonym, jak i do matury. Przyznam szczerze, że na duchu podnosiły mnie wpisy Med-Oli -> http://med-ola.blogspot.com/, która tak jak ja znowu postanowiła spróbować, choć wydawało się, że ułożyła sobie życie i była zadowolona.
A ja krocząc ku nowemu, przeniosłam sobie (za pośrednictwem portalu) bloga na WordPressa, który jest o niebo lepszy
w edycji :} Mam nadzieję, że tym sposobem nowy rok dla nas – dla mnie i bloga – będzie obfitował w o wiele lepsze wrażenia, bez długotrwałych dołków, ale z długotrwałym optymizmem!
It’s all over.
lis 22nd
Już po wszystkim… Słuchałam tej okropnej trąbki i płakałam. I byłam całkiem sama, co było dla mnie najgorsze. Każdy znalazł oparcie w bliskiej osobie, do której w najgorszym momencie żalu mógł się przytulić. A ja zostałam olana. Totalnie. I z tego powodu cholernie mi przykro. Myślałam, że mogę polegać na moim Lubym, a on w tak ważny i trudny dla mnie dzień zostawił mnie całkiem samą =( Sama muszę sobie teraz poradzić z żalem, z tęsknotą za babcią, ze wszystkim…
Dlaczego to tak boli? =(
